Dom bez wyjścia – niewolnictwo domowe

Wszystko zaczęło się od zwykłego ogłoszenia na słupie. Maria szukała szansy na lepsze życie, a oferta wydawała się idealna: 4 tysiące złotych za pomoc w domu i ogrodzie niedaleko Radomia. Miały być "dobre warunki" i praca od poniedziałku do piątku. Maria zaufała pośredniczce, pożegnała rodzinę na Białorusi i przyjechała do Polski, wierząc, że zaczyna uczciwy rozdział w swoim życiu.

 

Rzeczywistość uderzyła już pierwszego dnia. Pośredniczka, pani Bożena, odebrała od nowych "pracodawców" zwitek pieniędzy i zniknęła. Maria została sama z państwem K., którzy poprosili ją o paszport. Chcieli mieć pewność, że nie odejdzie. W tym momencie Maria przestała być pracownicą, a stała się własnością.

 

Obiecane "dobre warunki" okazały się pokojem w budynku gospodarczym na podwórku. Dzień Marii zaczynał się o 5:00 rano, a kończył o 1:00 w nocy. Przez 20 godzin na dobę Maria była w ciągłym ruchu: sprzątała, gotowała, pracowała w ogrodzie, a po zmroku godzinami sortowała warzywa na sprzedaż. Miała prawo tylko do jednej przerwy na posiłek.

 

Maria nie mogła wyjść poza ogrodzenie posesji. Państwo K. nie potrzebowali krat - wystarczyły groźby. Straszyli ją policją, deportacją i wysokimi karami finansowymi. Powiedzieli jej wprost: nie dostaniesz ani grosza, dopóki nie "odpracujesz" pieniędzy, które zapłaciliśmy za Ciebie pośredniczce. Maria wpadła w pułapkę niewolnictwa za długi.

 

Koszmar przerwała dopiero choroba. Maria, skrajnie wycieńczona fizycznie i psychicznie, trafiła do szpitala. To tam, dzięki odwadze pielęgniarki, która nie zignorowała jej historii, udało się powiadomić organizacje pomagające ofiarom handlu ludźmi.